The Brew, Poznań (Blue Note), 23.05.2012

Przyznam szczerze, że spodziewałam się tłumów, kilometrowej kolejki do wejścia i sporej gromady miłośników rock’n’rollowego grania. Moje prognozy się nie sprawdziły, jednakże tych kilkudziesięciu muzycznych fanatyków, którzy pojawili się 23 maja w Blue Note na koncercie The Brew narobiło hałasu za setki – wierni fani, znali teksty piosenek – wow. To już kolejny występ tej klasycznie rockowej brytyjskiej kapeli w poznańskim klubie, ale wybaczcie, nie dokonam porównania, nie miałam okazji być świadkiem wcześniejszych. Powiem jak było w tym roku: ZAJEBIŚCIE, przepraszam za tak mało wyrafinowane określenie, ale chyba mówi ono wszystko.

Lecz po kolei. Koncert rozpoczął z parominutowym opóźnieniem poznański zespół Dr Blues & SOUL RE VISION BAND, grający czarną muzykę lat 60tych, głównie blues i soul. Przyjemny występ pełen fajnych coverów. Wokalista mógłby pretendować do miana polskiego B.B. Kinga, ale jako że tego typu porównania działają mi na nerwy, to sobie je podaruję. Soczyste wstawki saksofonowe i klawiszowe wprowadziły publikę w klimat chicagowskiej knajpy z połowy wieku. Bas– aż ciężko było uwierzyć w to, że tak drobna istota płci żeńskiej jest w stanie wyprodukować tak twarde i szarpiące czerep głębokie dźwięki. Z racji zaprezentowanego kunsztu, ale chyba przede wszystkim z racji wyglądu (nawet ja zawiesiłam oko na dłużej) niewiasta ta zdobyła najdłuższy i najzacieklejszy aplauz (faceci piszczeli). Elektryk też niczego sobie. To była smaczna przystawka do dania głównego.

Przerwa na fajkę. Po parunastu minutach wchodzi gwiazda wieczoru – trójramienna… chyba jednak trójkąt. Historii kapeli przedstawiać nie będę, zainteresowanych odsyłam o naszego wywiadu. Mix pokoleniowy: tata basista, syn perkusista, kolega wokalista i gitarzysta. Nie ważne jak młodzi – czują starego klasycznego rocka. Wyglądający na ledwo dwadzieścia lat Jason (wokal/gitara) to wulkan/huragan/tsunami – na żywo brzmi lepiej niż na płytach, jego charyzma maksymalnie przykuwa wzrok. Słowa „dziękuję bardzo”, „piwo”, „żubrówka” i „zajebiście” opanował do perfekcji, czym niewątpliwie zjednał sobie serca tych bardziej sceptycznych Polaków. „Dziadek” Tim też odwalił kawał dobrej roboty na basie, skacząc po scenie nie mniej żwawo niż młodszy kolega. Pomińmy momenty słabości jego lewej ręki, widać było, że wymaga masażu, ale nie ważne, z bólem brzmiał może nawet lepiej. I wreszcie mój ulubieniec, Kurtis (syn Tima), który na perkusji wyrabiał takie rzeczy, że oczy wyłaziły z orbit i zamieniały się miejscami… Gdy pod koniec występu Jason i Tim zeszli ze sceny (nie wiem po co – na piwko, za potrzebą?), podest należał już tylko do Kurtisa. Niesamowite bębnowe solo, czułam jak serce i wszystkie tętnice pulsują mi w wybijanym przez niego rytmie. Zagotowałam się, gdy odrzucił pałki zaczął grać gołymi rękami. Pasją i wirtuozerią śmierdziało na kilometr, chcę takie perfumy.

Co do repertuaru – zaprezentowali utwory i stare (tu publika szalała) i te z nowej płyty, było też sporo czysto instrumentalnych popisów, które wychodziły im przepięknie.

Wielokrotnie udało im się rozbawić widownię swymi mniej lub bardziej błyskotliwymi dialogami (ach ten brytyjski akcent…), zagajkami i toastem z uwielbionej żubrówki. Wódka i publiczność dały chłopakom porządnego polskiego kopa, bo i bis wypadł znakomicie, łza się w oku zakręciła, gdy musieli już schodzić ze sceny.

Muszę się przyznać, że albumy studyjne The Brew, choć naprawdę przyzwoite, nie urywały mi wcześniej okolicy pośladkowej, czegoś im brakowało. Teraz wiem czego – live’a. Zgranie, swoboda, żywiołowość, pasja, namiętna więź z instrumentem (bez podtekstów) – to one piszą scenariusze koncertów The Brew. Tym porywają ludzi stojących naprzeciwko sceny, którzy wpadając w tę muzyczną falę, płyną razem z nimi, tworzą jeden zwarty nurt. I ja popłynęłam. Stałam przy wzmacniaczu – po wyjściu byłam głucha, ale szczęśliwa, w głowie szalały mi same dobre dźwięki.

Następny kierunek – Niemcy. Tam na scenie pewnie spożywać będą shnapsa lub jägermeistera, a Jason popisze się znajomością niemieckiej mowy. Pokuszę się o prognozę, że i tak będzie czadowo.

Sasza

Advertisements

Tagi: , , , , , , , ,

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: