Tenacious D – Rize of the Fenix (2012)

Gdy mowa o młodych kapelach i ich pierwszych wydawnictwach, dosyć powszechnie używa się wyrażenia „syndrom drugiej płyty”. To poważny test, czy pierwszy, zazwyczaj niezły album grupy nie jest efektem niewiarygodnego zbiegu okoliczności, a zapisem faktycznych mocy kompozycyjno-wykonawczych zespołu. Tenacious D nie jest ani duetem nowym, ani młodym, ani nieoszlifowanym, jednak długi okres (ogromnych) oczekiwań spowodował, że fani słusznie patrzą na najnowszą płytę, „Rize of the Fenix”, przez pryzmat „syndromu tej trzeciej”.

Na wstępie trzeba dokonać jednego założenia – nie można oceniać tego wydawnictwa jako kontynuacji, albo opozycji do „Pick of Destiny”. Pomijając fakt, że poprzedni album powstał sześć lat temu w innej otoczce społeczno-emocjonalnej jego twórców – PoD jest ni mniej ni więcej soundtrackiem do filmu, a nie autonomiczną płytą.

Kyle Gass i Jack Black, co było dla mnie sporym zaskoczeniem, okazali się być w wyśmienitej formie. Muzyczna ekipa cieszy tym bardziej, że w grupie ponownie znaleźli się John Konesky (gitara), John Spiker (bas) i Dave Grohl (perkusja).

Rzadko kiedy zgadzam się z krytykami muzycznymi, ale tym razem robię to podpisując się przy okazji wszystkimi możliwymi kończynami – RotF powszechnie uważany jest za najlepszy album w historii zespołu. Absurdalny humor najwyższych lotów, niebanalne sceniczno-muzyczne kreacje, dowcipne historie oraz wielki jak narodowe zadłużenie dystans do siebie i swojej twórczości – to wszystko cechowało Tenacious D na poprzednich albumach. Na tym cechuje jeszcze bardziej.

Można powiedzieć, że „Rize of the Fenix” jest częściowo concept albumem. Kilka piosenek nawiązuje bowiem do działalności obu muzyków po wydaniu „Pick of Destiny” – kariery filmowej Jacka Blacka i mniej lub bardziej udanych poszukiwań Gassa – oraz samego okresu braku aktywności zespołu. Stąd wzięła się fabuła tytułowego „Rize of the Fenix”, pieśni „The Ballad of Hollywood Jack and the Rage Kage” oraz posiadającego kapitalny teledysk „To Be the Best”.

Pomijając jednak motyw przewodni – album praktycznie w całości wypełniony jest liryczno-muzycznymi perełkami. Akustyczne gitary płynnie przechodzą w hardrockową naparzankę (polecam zwłaszcza obłędne „Deth Starr”, nie nawiązujemy do Star Wars, i życiowe „Roadie”), ballady nie nużą płaczliwym wspominaniem nieszczęśliwej miłości („39” oraz „The Ballad of…”), a skecze między kawałkami pełnią funkcję spoiwa najwyższej jakości („Classical Teacher”, „Flutes & Trombones”). Całości dopełnia mój faworyt, trwające dokładnie minutę i 44 sekundy „Rock Is Dead”, w którym Tenacious D opowiedziało moją osobistą historię muzycznych poszukiwań.

Popularne są głosy ludzi, którzy mówią, że Tenacious D się skończyło, spadło na dno, poszło w komercję (tego zwłaszcza nie rozumiem) i że generalnie nagrało słabą płytę. „Spodziewaliśmy się czegoś lepszego, wiesz. To nie to samo co ‚Pick of Destniy’, co nie.” Pieprzyć ich! Szczerze polecam miłośnikom komedii, hard rocka i gitar akustycznych. Przed przesłuchaniem pamiętajcie tylko, żeby ślepa nostalgia nie zniszczyła wam dawki niesamowitych, muzycznych wrażeń.

Advertisements

Tagi: , , , ,

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: