Vermilion Sands – Water Blue (1987)

Często spotyka się stwierdzenia, że jakiś kraj ma „swoją kapelę X” – swoje AC/DC, swoje Deep Purple czy Pink Floyd. Jakkolwiek może się to wydawać dla recenzowanych zespołów krzywdzące (chociaż porównania do klasyków są raczej gloryfikacją), zestawienie w znakomity sposób spełnia swoją rolę, pokazując ogólne podobieństwo i pozwalając na kontemplację różniących szczegółów. Nie stroniąc od tego zabiegu powiem więc, będąc w pełni władz umysłowych i fizycznych, że Vermilion Sands jest japońskim odpowiednikiem Renaissance – legendy symfonicznego rocka progresywnego.

Jak często w tamtych czasach bywało (a częściej jeszcze w latach siedemdziesiątych), grupy nagrywały jeden, maksymalnie dwa albumy i na zawsze znikały z krajowej sceny. Podobnie, niestety, było z Vermilion Sands. Ta klasyczna już kapela zdążyła wydać jedynie „Water Blue”, ale dzięki temu albumowi na stałe wpisała się w progresywny, japoński krajobraz. Yoko Royama, wokalistka, zmarła w 2004 roku, nie możemy więc liczyć nawet na okazyjne występy. Jak wielka to strata dowiecie się, słuchając płyty.

W każdej niemal wypowiedzi o grupie słyszymy, jak porównuje się ją do wspomnianego Renaissance czy Camel. Moim zdaniem niesłusznie – oczywiście Japończycy bez wątpienia inspirowali się pierwszą z tych kapel, ale daleko im do miana naśladowców. Łącząc orientalną duszę i zachodnią myśl muzyczną nagrali płytę, która nie ma wielu konkurentów w kategorii, nazwijmy to roboczo, fantasy rocka.

Miękki, wręcz hipnotyzujący wokal stał się największym skarbem grupy. Yoko, śpiewając i w rodzimym języku, i po angielsku, samym głosem potrafiła zdziałać cuda. A to przecież nie wszystko – zgromadziła wokół siebie grupę wspaniałych muzyków. Oprócz tradycyjnych dla tego nurtu klawiszy i partii smyczkowych, Vermilion Sands ochoczo wykorzystywało gitary elektryczne, czym wyraźnie różnili się od swoich utytułowanych kolegów po fachu. Trochę tu muzyki klasycznej, sporo folku i bardzo, bardzo duży wyśmienitego, progresywnego grania.

Na uwagę zasługują zwłaszcza przepiękne, za sprawą linii wokalu, „The Poet” oraz wybitnie japońskie „Living In The Shiny Days”. Znakomicie prezentuje się „In The Night Of Ancient Tombs” jakby żywcem wyciągnięte z jakiegoś filmu, a w „Coral D” słychać sporo space rocka oraz U2 (sic!). Ciekawostką jest „My Lagan Love”, czyli cover Kate Bush.

We współczesnym, szybkim jak światłowód świecie, niewiele czasu zostało na refleksję, zwłaszcza muzyczną. Gdybyście mimo wszystko chcieli jej dokonać, z całego serca polecam tę płytę. Nie chce się wierzyć, że ma już 25 lat.

Advertisements

Tagi: , , , , ,

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s

%d bloggers like this: