Bast, Be Amazing, Stamina; Poznań (Brogans Irish Pub), 1.06.2012

Wszystko co dobre musi się skończyć? Ktoś był chyba w pożałowania godnej depresji, gdy kuł to z gruntu demoniczne powiedzenie. Dobre musi zrobić sobie przerwę, by mogło po zasłużonych wakacjach wrócić z jeszcze większą dawką pozytywnych fotonów. First Stage kończąc zatem sezon pożegnało się z publicznością w najlepszy z możliwych sposobów – organizując jeszcze jeden koncert.

Impreza tradycyjnie już odbyła się w Brogans Irish Pub na ulicy Szewskiej. Bywalcom nie trzeba tego miejsca przedstawiać, a jeśli nieprawdopodobne zrządzenie losu sprawiło, że nie byłeś do tej pory w Brogansie drogi Czytelniku, lepiej szybko nadrób zaległości. Piwniczno-zamkowo-irlandzki klimat tworzy atmosferę idealnie pasującą do wszelkiej maści wystąpień, z koncertami na samym czele.

Akt I

Przedwakacyjne pożegnanie rozpoczął zespół Bast, którego syjamskim mózgiem są Agnieszka i Bartek Branewscy. Grupa (pierwszy raz na First Stage) mimo niezbyt długiej scenicznej historii poradziła sobie wyśmienicie, czego nie można niestety powiedzieć o publiczności.

Równo o 21:02 ze wzmacniaczy wydobył się wręcz heavymetalowy riff, który szybko nabrał spacerockowych cech. Umiejętność łączenia stylów Bast potwierdził w następnym utworze, gdzie folkloryzujące rytmy przeplatały się z ciekawymi zmianami nastrojów, zwłaszcza melodycznych. Później było jeszcze lepiej. Czasami grupa serwowała nam stylistykę post-grunge’ową, czasami niebezpiecznie blisko zbliżającą się do radiowych hitów. Sam występ składał się w zasadzie z dwóch części: pierwszej – żywiołowej, i drugiej – spokojniejszej. Początkowe sześć numerów wypadło świetnie – przestery były tam gdzie trzeba, a wolniejsze wstawki tam, gdzie być powinny.

Druga część show nie wypadła tak dobrze, choć opinia ta może wynikać z mojej niechęci do ballad i generalnie nostalgicznego nastroju. Wydawało się, że najwięcej radości z wykonywania wolnych kompozycji ma wokalistka. W tej odsłonie Bast pojawiły się elementy surf rocka, folku i funku oraz nawiązania do Maanamu czy The Cranberries. Zespół obniżył poziom, który mimo wszystko ciągle znajdował się na dobrym pułapie.

Oprócz muzycznego eklektyzmu, Bast świecił w dwóch jeszcze punktach – wokalu i perkusji. Nie spodziewałem się, że w tak mało znanym zespole może śpiewać istne objawienie. Oczywiście kobiety z reguły śpiewają przynajmniej nieźle, ale to, co usłyszeliśmy pierwszego czerwca przeszło moje najśmielsze oczekiwania – takie i tylko takie głosy powinny być promowane w stacjach radiowych. Na pochwałę zasłużył także perkusista, którego rytm zapewniał sprawną wymianę tlenu w żyłach utworów. A ich zakończenia to w wykonaniu pałkera poezja.

Akt II

Po półgodzinnej przerwie przyszedł czas na duchowych (i nie tylko) spadkobierców Nothing Flowers oraz Appleseed, dobrze znanych firststage’owej publiczności Be Amazing.

Od pewnego czasu popularne staje się określenie „nowa fala klasycznego hard rocka”, które w założeniu ma opisywać charakter młodych grup rockowych, stylistyką nawiązujących do lat siedemdziesiątych. Z lekkim przymrużeniem oka pasowałoby także do chłopaków z Be Amazing, grających ognistego hard rocka zahaczającego o rock n’ rolla, bluesa, a nawet punk.

Szarpany, przesterowany riff otworzył występ przypomnieniem czasów, gdy wielkie kariery rozpoczynały takie zespoły jak Deep Purple, Aerosmith czy AC/DC. W następnych kawałkach było nam dane usłyszeć czym jest groove, jak grać znakomitego radiowego rocka oraz dlaczego nie należy łączyć punka z grungem. Obrzucono nas krwistym mięsem płynącym ze wzmacniaczy i podpalono utworem „Fire”, największym hitem grupy.

Była energia, był czad, były wreszcie bardzo dobre solówki, których zazwyczaj brakuje u regionalnych zespołów grających autorski materiał. Be Amazing miało słabsze momenty, które zostały jednak rzucone w niebyt zapomnienia za sprawą rasowego występu. No i pod sceną było już dużo więcej ludzi.

Akt III

Gdy tłum zaczynał naprawdę gęstnieć pod sceną, na brogansowej arenie instalowała się ostatnia tego wieczoru grupa – Stamina, złożona z doświadczonych muzyków i, jak się wydaje, najbardziej znana. Tym koncertem zadebiutowała na First Stage.

Stamina z pewnością grała ciężej niż poprzednicy. Ciężar nie objawiał się nawet tyle w metalowym łojeniu, co w konstrukcji riffów i całych utworów. Szarpane partie gitar, ostre przestery i trochę pretensjonalny wokal są znakami rozpoznawczymi tej poznańskiej formacji.

Podobnie jak Bast, Stamina ochoczo czerpie z różnej muzycznej stylistyki. I choć cały występ można by spiąć zbiorczą klamrą „post-grunge”, na scenie nawiązywali także do power metalu, hard rocka, a nawet funku. Regularnie w utworach przewijał się także żywiołowy styl Rage Against the Machine czy charakterystyczny klimat znany z solowych dokonań Ozzy’ego Osbourne’a.

Choć moc i energia prawie ciągle lały się ze sceny, wydaje się, że Stamina była najsłabszą grupą wieczoru (biorąc pod uwagę wysoki poziom całego koncertu nie jest to bynajmniej określenie specjalnie krzywdzące). Na tę ocenę największy wpływ miał wokal – bardzo dobry technicznie, ale niepasujący do konwencji i, jak wspomniałem, lekko pretensjonalny.

Coda

Jak powiedziałem wcześniej, poziom wszystkich zespołów był przynajmniej dobry, czego jednak nie można powiedzieć o części widowni. Nie chodzi o to, że kogoś na siłę chcę besztać, ale o pewnych rzeczach należy mówić głośno.

Koncerty większej liczby zespołów mają jeden zasadniczy cel – sprawić, by fani jednego poznali drugi. Tylko tak można wypromować grupy poza widownię złożoną z kolegów i szkolnych znajomych. W piątek dochodziło do tego, że, mimo świetnego występu, Bast zbierał tylko szczątkowe oklaski, jakby ludzie swoją arogancją mówili: „kończcie szybciej, bo czekamy, aż zagrają nasi znajomi”.

Powyższa zasada kolektywnego odbioru scenicznej muzyki nie ma oczywiście antagonizować fanów wielkopolskiego grania. Chciałbym, żeby każdy ją przemyślał i sam siebie zapytał, czy chcemy mieć regionalną scenę z prawdziwego zdarzenia, czy wolimy zamykać się w małych koleżeńskich grupkach i liczyć na to, że zespoły wypromują się same.

Tegoroczny First Stage zakończył się wybornie – oby wszystkie koncerty w nowym sezonie były przynajmniej tak dobre, jak ten.

Advertisements

Tagi: , , , , , ,

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: