Hinder – All American Nightmare (2010)

Lubię się mylić, zwłaszcza, gdy chodzi o muzykę. Od lat żyłem w przekonaniu (popartym wnikliwą obserwacją), że kapele rockowe, głównie te młode, mają tendencję do staczania się w artystyczną przepaść. Jednym z najświeższych i polskich przykładów jest (może nie kapela, ale mam nadzieję, że łapiecie o co mi chodzi) Anna Gogola. W miernym, choć popularnym programie „Mam Talent” znakomicie zaśpiewała AC/DC i Janis Joplin, czym zaskarbiła sobie mój szacunek i pozytywne nastawienie do swojej twórczości. Życie zweryfikowało ten pogląd, bo już na pierwszym singlu pokazała, że całkowicie dała się stłamsić mainstreamowej sieczce. Przypadki muzycznego upodlenia można by wskazywać bez końca, od Bon Jovi, przez Budgie aż po Agnieszkę Chylińską. Tym większym zaskoczeniem była dla mnie najnowsza płyta Amerykanów z grupy Hinder, która pokazała, że nawet kapela grająca tak zwanego modern rocka jest w stanie wyjść na muzyczną prostą.

Od zawsze uważałem Hindera za jedną z tych telewizyjno-radiowych kapel, które okupują najlepsze kontrakty płytowe grając mało ambitną, pseudorockową muzykę nastawioną na „chwytające za serce” ballady. „All American Nightmare” pokazał, choć nie wiem skąd się wzięła, prawdziwie rockową, a w zasadzie hard rockową stronę zespołu.  „What Ya Gonna Do”, „Good Life” i „Put That Record On” nie są może najostrzejszymi utworami na płycie, ale z pewnością są kompozycjami najlepszymi. Są forpocztą tego, co prezentuje cały album – brakiem tak popularnego łagodzenia brzmienia, tandetnych chórków i ckliwych tekstów poświęconych niespełnionej miłości. To czysta, choć czasami sentymentalna (zwłaszcza w kontekście trzeciego utworu) energia. Liryczną bezkompromisowością muzycy uderzają nas w kawałku „Striptease” opisującym ich czułe nastawienie do muzyki popularnej, okołometalowym brzmieniem niszczą nasze mózgi kompozycjami „All American Nightmare” i „Waking Up The Devil”, by później efekty rozwałki załagodzić najsłabszymi na płycie „Red Tail Lights” i „Everybody’s Wrong”. To płyta, której naprawdę można słuchać od początku do końca, co ostatnio (przynajmniej w moim przypadku) zdarza się bardzo rzadko.

Na osobny akapit zasługują dwa niewymienione jeszcze utwory: „Hey Ho” i „Bad Mutha Fucka”, w których Hinder łączy całkiem przyjemne gitarowe granie z mniej lub bardziej czystym rapem. Jako zadeklarowany fan takich fuzji szczególną uwagę zwróciłem na te właśnie piosenki i z czystym sumieniem mogę powiedzieć, że są to kompozycje, które powinny znaleźć się na najnowszej, niestety bardzo słabej płycie Kid Rocka. W tych kawałkach Amerykanie brzmią bowiem tak, jak amerykański raper za swoich najlepszych czasów i wydawnictwa „Devil Without a Cause”. Ucz się Kid, bo długo nie pociągniesz na takiej beznadziei, jaką serwujesz nam na ostatnim albumie.

Polecam, polecam i jeszcze raz polecam. Słucham tej płyty od kilku tygodni i ciągle nie mogę się nią nacieszyć. Jedna rada – jeśli już będziecie ją kupować, postarajcie się o wersję deluxe, bo oprócz dziwnych wersji demo znajdują się tam dwa z opisywanych utworów – „Good Life” i „Bad Mutha Fucka”.

Advertisements

Tagi: , , , , , , ,

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: