Kaki King – Everybody Loves You (2003)

Zadanie – zagadka: ile znacie gitarzystek, które stały się jeśli nie legendami, to przynajmniej poważnymi graczami na wielkiej scenie muzyki sześciostrunowej? Aha, tak myślałem. Podpowiem wam trochę – z pewnością kojarzycie (znaną niestety tylko z jednego, do tego nie swojego utworu) Joan Jett, może o uszy obił wam się stary zespół Heart z Nancy Wilson albo jakimś cudem trafiliście na kapitalne The Iron Maidens. Nic z tych rzeczy? No właśnie, od zawsze odnosiłem wrażenie, że kobiety, z całym dla nich szacunkiem, traktowane są w środowisku rockowym raczej jako ciekawostki niż równoprawni z mężczyznami wykonawcy. Obmierzły szowinizm, czy determinowany płciowo brak talentu? Poczytajcie o, z tego co mi wiadomo, najbardziej znanej gitarzystce akustycznej i jej pierwszym albumie – „Everybody Loves You”.

Pięć albumów studyjnych i trzy epki – jak na trzydziestolatkę, wynik jest więcej niż dobry. Referencje także znakomite – współpraca z Michaelem Brookiem i Eddiem Vedderem nad soundtrackiem do „Into the Wild” robi wrażenie, a współautorstwo ścieżki dźwiękowej „August Rush” sprawiło, że od razu nabrałem pozytywnych skojarzeń w związku ze słodką Kaki. Jak się później miało okazać, błędnych skojarzeń.

Do recenzji specjalnie wybrałem pierwszy album, gdyż większość jej dyskografii (bez drugiej płyty, całkiem niezłej jak na nią) stanowi kwintesencję czegoś, czego nie znoszę bardziej od sejmowych debat – muzyki indie. „Everybody Loves You” na pierwszy rzut ucha wydaje się całkiem smaczne – dużo tutaj specyficznych melodii, nastrojów i technik, od standardowego fingerstyle po flamencowo-akustyczne elementy perkusyjne. Jeśli jednak, tak jak ja, znacie dokonania Michaela Hedgesa, Dona Rossa, Phila Keaggy’ego czy Leo Kottke, płyta King wyda wam się miałka, bezuczuciowa i płaska niczym wskaźniki giełdowe w Monako.

Uczciwie muszę przyznać, że nie ma na tym krążku ani jednego kawałka, który zapadłby mi w pamięć bardziej niż imiona nowo poznanych ludzi na ostro zakrapianej imprezie. Kompozycjom brakuje energii i smaku, zbyt często trzon utworu stanowi jeden mały fragment powtarzany, zdawałoby się, w nieskończoność. Pod koniec płyty pomyślałem jeszcze: „Okej, może chociaż tytułowy kawałek wykaże się czymś więcej niż wątpliwą wirtuozerią?”. Przeliczyłem się, albo, z drugiej strony, wykazałem niesamowitą umiejętność przewidywania – „Everobody Loves You” to przykład technicznego efekciarstwa w najgorszym stylu.

Dziwię się, że po tak marnym debiucie ktoś chciał wydawać kolejne płyty Kaki. No tak, zapomniałem – przecież jej twórczość sprzedaje się znakomicie. Moim zdaniem dlatego, że jest, ni mniej ni więcej, tylko kobietą – a te, z racji rzadkiego występowania na deskach rockowych scen, zawsze dostawały taryfę ulgową. Życie każe jednak dawać ludziom kolejną szansę, więc i ja nie rozstaję się z Kaki King na dobre. Za jakiś czas poczytacie o jej drugim albumie, możliwe, że lepszym od pierwszego.

PS. Choć Kati wygląda jak hipster, nie miało to absolutnie żadnego wpływu na moją ocenę.

Advertisements

Tagi: , , , , , , ,

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s

%d bloggers like this: