Neal Schon – The Calling (2012)

Neal Schon? Kim do cholery jest Neal Schon?! Szybki internetowy research i co się okazuje? Schon to ostoja legendarnej formacji Journey (występuje na wszystkich płytach) oraz gitarzysta supergrupy Bad English. Dodatkowo facet, który grał na wiośle u Santany, Hagara, Jana Hammera i Paula Rodgersa. Nie wspominając o gościnnych występach z Allman Brothers Band i masą innych zasłużonych wykonawców. W tym roku ukazał się jego siódmy solowy album – „The Calling”.

Nigdy nie byłem wielkim fanem tak zwanej „gitarowej wirtuozerii”. Wychodzę z założenia, a wtóruje mi w tym chociażby Angus Young, że o wiele trudniej jest skomponować dobry utwór, niż wykonać topiące twarze, kosmiczne solo. Tak też zawsze kojarzyli mi się, może przez poświęcenie im zbyt małej uwagi, herosi gitary – Malmsteen, Vai, Satriani i cała reszta. Ostatnio jednak pogląd ten zaczął ewoluować. Zaczynam patrzeć na płyty powyższych panów (za wyjątkiem Malmsteena, to nieuleczalny przypadek) jako całość, nie oceniając jedynie techniki gitarowych popisów. W tym kontekście albumy wydają się bardziej przystępne, kompozycje znośne, a solówki treściwe. Schon trafił na najlepszy dla siebie okres, ponieważ „The Calling” wydaje się być znakomitą produkcją.

Znalazłem jedynie dwa słabe punkty wydawnictwa – najdłuższe „Tumbleweeds” oraz „Song of the Wind II”. Oba miałkie i przewidywalne – znakomite argumenty tezy, że nawet najlepsza solówka nie uratuje słabego kawałka. Dalej było już lepiej. W „Fifty Six (56)” (moim zdaniem najlepszym utworze na płycie) oraz „Primal Surge” Schon łączy rocka z elementami folku. Podniosłe „Six String Waltz” ze swoim marszowym tempem niebezpiecznie blisko ociera się ideał definicji „epickiego rocka”, co stanowi kontrast do rasowych hard rockowych kompozycji z „Back Smash” oraz tytułowym „The Calling” na czele. W „True Emotion” gitarzysta serwuje nam z kolei kawał znakomitej power ballady, której duchowym rozwinięciem wydaje się być zabarwione Hendrixem „Blue Rainbow Sky”.

Mimo lekko irytującej jednostajności, czego moim zdaniem gitarowa wirtuozeria raczej unikać nie potrafi, Schon nie nudzi, wplatając w utwory takie smaczki jak znakomite partie klawiszy, czy solowe wypady na innych instrumentach (świetna perkusja w „Back Smash”). Brzmienie płyty wydaje się trochę sentymentalne, ale może to po prostu mój osobisty sentyment – gitara solowa brzmi tutaj jakby żywcem wyjęta ze ścieżki dźwiękowej do Jacka Jackrabbita 2, znakomitej platformówki na PC z końca lat dziewięćdziesiątych.

Płyta jest solidna, ale żeby w pełni ją docenić trzeba by pewnie wcześniej zrozumieć i polubić samą gitarową wirtuozerię. Neal Schon jest ku temu pierwszym dobrym krokiem.

Advertisements

Tagi: , , , , ,

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: