AC/DC – Live at River Plate (2012)

Znakomitym sprawdzianem formy zasłużonego zespołu jest nagranie koncertowe. Płyta studyjna, co raczej oczywiste, ma tendencję do bycia podrasowywaną, upiększaną i co tylko jeszcze wybierzecie sobie z arsenału piękności współczesnej kobiety. Oczywiście nagrania występów też obróbce są poddawane – nie na tyle jednak, żeby zabić tę nieuchwytną boską cząstkę, która pojawia się podczas prezentacji utworów na żywo. Najnowsze wydawnictwo AC/DC oceniam na pięć na szynach.

„Live at River Plate” jest zapisem ogromnej trasy koncertowej promującej najnowszy album Australijczyków – „Black Ice”. W trakcie swojego tournée odwiedzili ponad 100 miast na całym świecie, w tym Polskę, gdzie grali na warszawskim lotnisku w Bemowie. Choć od tego koncertu upłynęły 2 lata czuję się, jakbym oglądał braci Young zaledwie tydzień temu – tak silne pozostawili po sobie wrażenie. Z takim oto pozytywnym i pełnym nadziei nastawieniem odpalałem „Live at River Plate”, pierwszy od dwudziestu lat album z nowym materiałem koncertowym.

Przez te prawie czterdzieści lat o AC/DC napisano już wszystko. Gnojeni przez krytyków, po wydaniu „Back in Black” stali się ikoną hard rocka zabarwionego bluesem. Nigdy nie uznawali ballad, praktycznie zawsze grali szybko, mocno, krwiście. Wszystko to słychać na płycie. Mimo średniej wieku oscylującej w okolicach 62 lat, Australijczycy miażdżą serca i dusze bezkompromisowym, chwytającym za uszy i wymachującym nimi we wszystkie strony przestrzeni naraz rockiem z najwyższej, buntowniczej półki. Kapitalne solówki, powodujący (w tym dobrym sensie) ból zębów wokal Briana Johnsona i nieśmiertelna sekcja rytmiczna nie zmieniły się nic a nic przez te dziesięciolecia wskazywania fanom rockowej autostrady do piekła.

Jako że „Live at River Plate” promuje „Black Ice”, nie mogło zabraknąć na nim premierowych utworów, jednak są one w znakomitej przeszłości. „Rock n’ Roll Train” czy „War Machine” giną w morzu takich siekier jak „Hell Ain’t a Bad Place to Be”, „Back in Black”, „Thunderstruck”, „Hells Bells”, „You Shook Me All Night Long” i wielu, wielu innych. Sporo kawałków poprzedzonych jest, jak to u nich na koncertach bywa, soczystymi zagrywkami Angusa. Młodszy z braci dwukrotnie zresztą pokazał, dlaczego jest jednym z najlepszych gitarzystów solowych na świecie – słychać to w dziesięciominutowym „The Jack” i prawie dwukrotnie dłuższym (sic!) „Let There Be Rock”.

Klasa, klasa i jeszcze raz klasa. Zapis trzech koncertów w Buenos Aires powinien trafić na każdą półkę fana hard rocka, rock n’ rolla, a nawet bluesa. Dodatkową zachętą niech będzie fakt, że reżyserem całego przedsięwzięcia jest David Mallet – łatwiej chyba byłoby wymienić gwiazdy rocka, z którymi nie współpracował, niż te, które mu zaufały. Polecam.

Reklamy

Tagi: , , , , , , , , , ,

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: